Wymarzone Mistrzostwa Świata

Wymarzone Mistrzostwa Świata

Spełniło się moje marzenie! Zagrałem w Mistrzostwach Świata Juniorów do lat 20 w szachach.

Zacznijmy jednak od początku, od tego, skąd w ogóle wziął się ten karkołomny pomysł. Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się ponad rok wcześniej, kiedy kibicowałem Polakom startującym w walce o tytuł Mistrza Świata do lat 20. Grał wtedy Grzegorz Nasuta ‒ o rok starszy ode mnie, silny szachista, z którym spotkaliśmy się kilka razy na turniejach. Grzesiek był w fenomenalnej formie, przez większą część Mistrzostw zajmował pozycję medalową. Niestety porażka w ostatniej rundzie nie pozwoliła mu na zdobycie upragnionego krążka. Pomyślałem wtedy, że jeśli Grzesiek mógł zawalczyć, to może ja też mogę. Niedawno miałem za sobą bardzo udany turniej i czułem się na siłach, więc postanowiłem, że spróbuję. Mistrzostwa Świata do lat 20 w 2017 r. miały się odbyć we włoskiej miejscowości Tarvisio, w terminie 12-26 listopada.

Po pierwsze koszty: paliwo (prawie 1100 km w jedną stronę), zakwaterowanie i wyżywienie (14 dni dla 3 osób, ponieważ muszę podróżować z minimum 2 osobami towarzyszącymi), nocleg po drodze (bez tego, podróż mogłaby być dla mnie zbyt męcząca), honorarium dla trenera (na zawodach tej rangi praktycznie każdy uczestnik ma trenera, który pomaga mu w przygotowaniu się do gry z konkretnym przeciwnikiem), opłaty turniejowe (wpisowe + opłaty organizacyjne) oraz ubezpieczenie. Summa summarum wyszło 20 tys. zł. Skąd wziąć taką sumę? Zwróciłem się do Polskiego Związku Szachowego (PZSzach), ale oni mogą sfinansować wyjazd tylko najlepszemu Polakowi i najlepszej Polce do lat 20 (niestety, są lepsi Polacy w tej kategorii wiekowej ode mnie).

Porozmawiałem z panem Adamem Dzwonkowskim, aktualnym Prezesem PZSzach, który powiedział, że mimo wszystko postarają się pomóc ‒ i pomogli! Dzięki staraniom pana Adama oraz innych osób z PZSzach, koszty mojego wyjazdu zostały w całości pokryte przez Ministerstwo Sportu i Turystyki.

Wiedziałem, że tata nie będzie mógł mnie wspomóc, ponieważ miał bardzo poważną operację kolana i nie zdążył dojść do siebie. Mama pojedzie, ale nie ma tyle siły, żeby mnie przenosić z wózka do samochodu i na odwrót. Potrzebny był więc jeszcze ktoś, kto ma trochę siły oraz może poświęcić mi 2 tygodnie swojego życia i urlopu. Jeden z moich hospicyjnych wolontariuszy przystał na propozycję i wydawało się, że to koniec moich zmartwień. Nic podobnego. Dosłownie na tydzień przed wyjazdem ów wolontariusz zadzwonił i przeprosił, że ma bardzo poważne problemy rodzinne i musi zostać w Polsce. Jakby ziemia osunęła mi się spod kółek. Jak ja u licha teraz kogoś znajdę?

Wysłałem rozpaczliwego maila do pana Mirka Dziekańskiego, koordynatora wolontariatu WHD i pozostało mieć nadzieję na cud. Pan Mirek zadziałał ekspresowo i już po 2 dniach wszystko było załatwione – chętny wolontariusz i urlop dla niego. Tak więc ruszyliśmy: mama, Paweł Mianowski i ja.

Przejdę już do rzeczy najważniejszej, czyli do samego turnieju. Na Mistrzostwach Świata do lat 20, jak zresztą na większości zawodów tej rangi, są rozgrywane 2 turnieje: turniej „Open” (grają w nim prawie sami mężczyźni, ale kobiety również mogą tu grać, jako że statystycznie są znacznie słabsze w szachach) oraz turniej wyłącznie dla kobiet.

Może nie wszyscy wiedzą, jak w ogóle wyglądają turnieje szachowe, dlatego najpierw nieco objaśnień:

•     początkowo zawodnicy są uszeregowani na liście startowej według posiadanego przez nich międzynarodowego rankingu szachowego, który to zdobywa się w ciągu całej kariery szachisty,

•     za wygraną partię otrzymuje się 1 punkt w tabeli turniejowej, za remis 0,5 punktu, a za przegraną 0 punktów,

•     codziennie gra się 1 partię, która przeważnie trwa 4-5 godzin,

•     na MŚ do lat 20 było 11 partii do rozegrania (mieliśmy też 2 dni wolne dla odpoczynku).

Muszę przyznać, że pierwsza połowa rozgrywek nie była dla mnie udana ‒ przegrałem 4 partie, a wygrałem zaledwie jedną. Może to był stres, może za bardzo mi zależało, a może jeszcze coś innego. Byłem załamany. Zadzwoniłem wtedy do swojej poprzedniej trenerki, pani Joanny Dworakowskiej i po tej rozmowie coś odpuściło ‒ z pozostałych 6 partii wygrałem 5, a przegrałem już tylko jedną. Ostatecznie zdobyłem 6 punktów z 11 możliwych i zająłem 68 miejsce na 148 osób. Trzeba dodać, że na liście startowej miałem 94 numer, a więc skończyłem o 26 pozycji wyżej niż byłem na początku sklasyfikowany. Wyjazd do włoskiego Tarvisio, na Mistrzostwa Świata Juniorów do lat 20 w szachach uważam za wyjątkowo udany.

Ogromne podziękowania kieruję do pana Adama Dzwonkowskiego oraz do wielu innych osób z Polskiego Związku Szachowego, bez których zorganizowanie i uzyskanie środków na ten wyjazd nie byłoby możliwe.
Dziękuję Ministerstwu Sportu i Turystyki za przyznanie dofinansowania, które pokryło wszystkie koszty związane z moim udziałem w Mistrzostwach.

Dziękuję pani Joannie Dworakowskiej, która przypomniała mi, że lubię grać w szachy i której wsparcie pozwoliło mi przetrwać najtrudniejsze chwile turnieju. Dziękuję Warszawskiemu Hospicjum dla Dzieci za wsparcie medyczne oraz za znalezienie wolontariusza na mój wyjazd ‒ tu muszę szczególnie podziękować panu Mirkowi Dziekańskiemu, za absolutnie błyskawiczną akcję poszukiwania zastępczego wolontariusza.

I wreszcie ‒ dziękuję Pawłowi Mianowskiemu, który w mgnieniu oka zdecydował się porzucić swoje plany na najbliższe dni i wyjechać z bliżej nieznanym sobie osobnikiem i jego mamą na 2 tygodnie do jakiejś włoskiej miejscowości, oddalonej o prawie 1100 km od Warszawy. Myślę, że niewielu ludzi byłoby tak szalonych i za to właśnie mu dziękuję. Oczywiście gorąco dziękuję również przełożonym Pawła, że pozwolili mu na to „szaleństwo”.

Łukasz Nowak
Podopieczny WHD

Łukasz choruje na rdzeniowy zanik mięśni,
pod opieką WHD jest od 1999 r.

 

Handicap

Interesuję się sportem jako lekarz, żywieniowiec i amator (trenuję pływanie). Po przeczytaniu relacji Łukasza chciałbym podzielić się pewną refleksją.

Jedno ze znaczeń słowa „handicap” – to stworzenie słabszemu przeciwnikowi lepszych warunków w zawodach sportowych w celu wyrównania szans.

Na czym polega owa słabość Łukasza, która utrudnia mu wygrywanie ze zdrowymi fizycznie zawodnikami? Używając żargonu medycznego – chodzi o przewlekłą niewydolność oddechową, hipowentylację, hiperkapnię, hipoksję i kwasicę oddechową – wpływające negatywnie na pracę mózgu.

Szanse Łukasza wyrównują się dopiero wtedy, gdy jego mózg otrzymuje konieczną ilość tlenu, ale równocześnie pozbywa się dwutlenku węgla i nie jest narażony na jego toksyczne działanie.

Uważam, że Łukasz – w celu wyrównania szans – powinien oddychać tlenem podczas gry na zawodach. Przepisy antydopingowe zezwalają na suplementację tlenem w inhalacji (Światowy Kodeks Antydopingowy, lista substancji i metod zabronionych w 2018 roku M 1.2. str. 11). Tlen powinien być dostarczany z butli, ponieważ koncentrator tlenu jest zbyt głośny i przeszkadzałby zawodnikom.

Natomiast zawartość dwutlenku węgla w jego krwi będzie w dużym stopniu zależała od wydajności wentylacji (nie klimatyzacji!), czyli wymiany powietrza w sali, gdzie rozgrywane są zawody. Stężenie dwutlenku węgla w powietrzu, którym oddychają zawodnicy powinno być w czasie turnieju stale mierzone. Możemy Łukaszowi pożyczyć na zawody taki monitor. Wzrost jego wskazań powyżej 1000 ppm Łukasz lub jego trener powinni zgłaszać sędziom i domagać się przerwy w celu przewietrzenia sali. Niestety systemy wentylacyjne wytwarzają hałas i z tego powodu mogą być wyłączane podczas gry w szachy. Z kolei otwieranie okien nie zawsze jest możliwe ze względu na temperaturę, zanieczyszczenia lub hałas. Istnieje ponadto mit o rzekomej szkodliwości przeciągów, który powoduje, że wielu ludzi obawia się przebywania w pomieszczeniu skutecznie wentylowanym.

Polscy naukowcy Katarzyna Leśnikowska-Osielska i Jerzy Jaśkowski, wykazali że do kumulacji dwutlenku węgla dochodzi w namiotach używanych przez himalaistów. Powoduje to zatrucie dwutlenkiem węgla, zaburzenia świadomości i prawdopodobnie przyczynia się do tragicznych wypadków. Podobny mechanizm może doprowadzać do nagłej śmierci łóżeczkowej niemowląt.

Dlaczego szanse są nierówne? Zdrowy zawodnik, gdy w powietrzu maleje zawartość tlenu a wzrasta dwutlenku węgla, odruchowo zwiększa wentylację płuc w celu wyrównania zagrażających mu zaburzeń. Mówimy o tzw. rezerwie oddechowej. Łukasz, w odróżnieniu od swoich przeciwników, rezerwą oddechową nie dysponuje.

Oprócz handicapu pozostaje problem żywienia w czasie turnieju szachowego. Obecna dieta Łukasza zawiera: 1750 kcal energii, 52 g białka, 160 g tłuszczu i 30 g węglowodanów. Jest to zatem dieta niskowęglowodanowa, na której mózg czerpie energię głównie z tłuszczu, czyli kwasów tłuszczowych i ciał ketonowych. Zawodnik odżywiający się w ten sposób nie powinien w czasie gry, trwającej 4-5 godzin, spożywać węglowodanów, ponieważ mogą one spowodować wzrost stężenia insuliny i reaktywną hipoglikemię, czyli spadek stężenia glukozy we krwi, obniżenie sprawności umysłowej i senność. Optymalnym produktem dla Łukasza podczas gry jest olej kokosowy. W jego skład wchodzą średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe (ok. 60%), które po spożyciu bardzo szybko stają się źródłem energii dla mózgu. Innych składników jadłospisu Łukasza nie będę zdradzał, żeby nie ujawniać szczegółów jego przeciwnikom.

Tomasz Dangel

 

W wolontariacie najważniejsza jest obecność

Ta wiadomość spadła jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Stały wolontariusz Łukasza z powodu trudnej sytuacji rodzinnej, nie mógł mu towarzyszyć podczas wyjazdu do Włoch na dwutygodniowy turniej szachowy – Mistrzostwa Świata Juniorów w Szachach. I pytanie do mnie – czy pomogę?

Byłem na tak, ale pracuję i właśnie negocjowaliśmy kolejne zlecenie dla mojej firmy. Poprosiłem Fundację WHD o przygotowanie oficjalnej prośby i wysłanie jej do Zarządu firmy. Zarząd wyraził zgodę – mogłem pojechać.

Tydzień przed planowanym wyjazdem, umówiłem się z mamą Łukasza, że przyjadę, abyśmy mogli się poznać. Po kilku godzinach wróciłem do domu z informacją, że jakoś się ze mną przemęczą przez te dwa tygodnie. Kilka dni nerwowych przygotowań minęło bardzo szybko – był to mój pierwszy, tak długi i tak daleki wyjazd, który wiązał się z czynną opieką nad podopiecznym Hospicjum i to w innym państwie.

Dzień wyjazdu rozpoczął się wcześnie. O godz. 7.30 wystartowaliśmy z domu Łukasza. Mieliśmy przed sobą do przebycia prawie 1000 km. Na szczęście podróż przebiegła bardzo spokojnie i wieczorem zameldowaliśmy się w hotelu w miejscowości Graz w Austrii. Okazało się, że bardzo trudno znaleźć hotel, w którym nie byłoby schodów przy wejściu, a winda zmieściłaby wózek Łukasza. Winda w hotelu w Graz była odpowiednia, ale wózek musiał stać po przekątnej, a Łukasz musiał podkurczyć nogi, żeby się zmieścić. Wypoczęci i najedzeni rankiem następnego dnia wyruszyliśmy do Tarvisio.

Ponad 160 zawodników z ponad 50 krajów zmusiło organizatorów do zakwaterowania nas w miejscowości Malborghetto  oddalonej o 12 km od Tarvisio. Okazało się to bardzo dobrym rozwiązaniem. Łukasz z mamą mieli pokój bez schodów, z podwójnymi drzwiami. Było to bardzo przydatne, kiedy wynosiłem i wnosiłem Łukasza.

Twarze z całego świata: białe, czarne, śniade, o skośnych oczach, zamyślone i radosne. Młodzież od lat 10 do 20. Byli gracze z Polski, Niemiec, Słowacji, Austrii, Włoch, Francji, Białorusi czy Rosji, ale i z USA, Indii, Filipin, Chin, Japonii, Chile, Paragwaju, Madagaskaru, Kazachstanu, Kanady, Szkocji, Belgii, Szwajcarii, Singapuru, Iranu, Grecji, Norwegii, Mongolii, Malezji, Litwy, Izraela, Uzbekistanu, Szwecji, Mołdawii i Finlandii – chyba i tak nie wymieniłem wszystkich.

Przy wejściu do hali każdy musiał zostawić w depozycie wszelkie urządzenia elektroniczne i telefony. Kontrola skanerami do wykrywania metalu była tak dokładna, że ledwo udało nam się „przemycić” Łukasza wózek, ale torba ze ssakiem była poddawana dokładnej kontroli każdego dnia.

Kiedy organizatorzy zrozumieli, że mama Łukasza nie zostawi go nawet na chwilę, znaleźli dla niego spokojne miejsce na końcu stołu, gdzie było więcej przestrzeni na wózek i możliwość normalnej dla nas, a nie do końca może zrozumiałej dla pozostałych graczy, opieki nad Łukaszem.

Pierwsze dni i pierwsze partie pokazały, że razem z Łukaszem i jego mamą wiozłem przez pół Europy całą górę pragnień, oczekiwań i marzeń. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że każdego dnia przez pierwszy tydzień turnieju Łukasz przynosił do hali tak ogromne pragnienie zwycięstwa, że chyba „spalał się”, zanim zaczął grać. Efektem była seria porażek nawet z niżej notowanymi zawodnikami. Ale wtedy zaczynała „grać” Małgosia – mama Łukasza. To była mieszanina matczynej miłości, zacięcia zawodnika, doświadczenia i spokoju trenera – coś, co działało jak wspaniały wentyl bezpieczeństwa, który nie pozwalał, aby porażki były przygnębiające.

W końcu nastąpił przełom, nie tylko czasowy, bo minęła połowa turnieju, ale i jakiś wewnętrzny. Gdzieś ulotniła się góra oczekiwań i pozostało doświadczenie, wiedza, pewność siebie i sześć wygranych przez Łukasza partii prawie po kolei.  Mieliśmy z Łukaszem taką „umowę”, że on wygrywa, a ja z jego mamą świętujemy. W pewnym sensie dobrze, że turniej nie trwał dłużej, bo oboje mielibyśmy duże problemy z powodu degustacji różnych gatunków miejscowych win. Muszę przyznać, że było czego próbować.

Każdy dzień, choć głównie myśleliśmy o kolejnym spotkaniu przy szachownicy, nie ograniczał się tylko do turnieju. Miasteczko było cudowne. Spacerowaliśmy po bliższej i dalszej okolicy. Pogoda rozpieszczała nas do granic możliwości, więc wychodziliśmy również z Łukaszem. Był spacer po Malborghetto i podziwianie okolicznych gór, był wyjazd nad jeziora, gdzie spędziliśmy kilka godzin oglądając dwa, nieduże, ale pełne uroku górskie jeziora z przejrzystą wodą, tamami na strumieniach i widokami, których nie da się opisać.

Jeśli wspomniałem o pogodzie, to dlatego, że pierwszy raz w życiu doświadczyłem możliwości opalania się 25 listopada w górach i wystawiania twarzy do słońca. Temperatura dochodziła nawet do 26°C – to też swoiste mistrzostwo świata dla takiego mieszkańca nizin warszawskich jak ja.

Oczywiście priorytetem było niedopuszczenie do jakichkolwiek problemów zdrowotnych Łukasza, więc wspólnych wycieczek było niewiele. Każda z nich pozostawiła wiele ciepłych wspomnień. Ogromną radość każdemu z naszej trójki sprawiło to, że przez całe dwa tygodnie, z podróżą włącznie, Łukasz był w dobrym zdrowiu i świetnym humorze.

Jak napisałem na początku – był to pierwszy mój wyjazd z podopiecznym Hospicjum: tak długi, tak daleki, tak odpowiedzialny. Pierwszy raz w życiu jechałem 1000 km jednego dnia ze świadomością, że jestem tak ważnym elementem tej trzyosobowej całości.

Kolejny raz przekonałem się, że jedyne co mogę dać jako wolontariusz, to otwartość i obecność. Cała reszta już układa się sama. Dzieją się rzeczy niemożliwe (zgoda moich przełożonych na wyjazd), dzieją się rzeczy wielkie (spokojna podróż przez ponad 2500 km bez najdrobniejszych problemów) i dzieją się cuda – możliwość uczestniczenia w życiu innych ludzi – w ich radościach, słabościach, porażkach, sukcesach.

Choć Łukasz i jego mama byli samowystarczalni i najczęściej byłem potrzebny tylko do przeniesienia Łukasza do lub z samochodu, to przez te kilkanaście dni, jak czuję, zostałem zaproszony do ich domu i to jest kolejny cud, którego doświadczyłem jako wolontariusz. Bardzo dziękuję Łukaszowi i jego rodzinie, że dali mi tę szansę.

Paweł Mianowski
Wolontariusz WHD

Informator „Hospicjum”, nr 83, marzec 2018