Śpiący królewicz

Śpiący królewicz

Zdarza się, że od życia dostajemy prezenty, których wartość i sens poznajemy dopiero z czasem. Nasz syn Maciuś był i jest dla nas takim prezentem i wielką tajemnicą. Niejednokrotnie zadawaliśmy sobie pytanie, jaki sens ma jego walka i nie raz buntowaliśmy się, bo trudno nie buntować się, widząc cierpienie własnego dziecka. Ufaliśmy, że miał tu na ziemi jakąś misję.

Informacja o chorobie synka sprawiła, że nasz świat legł w gruzach.  Była jak piorun, który uderza i sieje spustoszenie. Ósmego grudnia, na rutynowym badaniu USG lekarz orzekł, że w główce są poważne zmiany, że Maciuś prawdopodobnie nie doczeka dnia porodu. Stan błogosławiony nagle zamienił się w stan wielkich lęków i niepokojów.

Przyszedł na świat w prima aprilis. Najlepsza data na urodziny. Zażartował sobie z diagnoz lekarzy i dostał aż 8 punktów w skali Apgar. Był silny i bardzo chciał żyć. W nas odrodziła się nadzieja i zaczęliśmy walczyć razem z nim. Codziennie była rehabilitacja, szukaliśmy pomocy u kolejnych lekarzy i specjalistów.

W czasie Światowych Dni Młodzieży spotkał się z nami sam Papież Franciszek. Mocno utulił chorą główkę Maciusia i pobłogosławił go. Czekaliśmy na cud, ale cud się nie zdarzył. Przyszła jesień, a z nią czarne chmury. Kolejne wizyty w szpitalach zabijały w nas resztę nadziei. Patrzyliśmy na to małe chore ciałko i krzyczeliśmy z rozpaczy: o co w tym wszystkim chodzi? Po co jest cierpienie tych najmniejszych? Odpowiedź niestety nie nadchodziła.

Pewnego dnia, jak gdyby nigdy nic, Maciuś zasnął, a zły wynik rezonansu magnetycznego wyjaśnił, że to przez poważne zmiany nowotworowe w okolicach pnia mózgu. Brzmiało to jak wyrok. Po strasznych tygodniach w szpitalach wróciliśmy do domu. Trafiliśmy pod opiekę Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci.

Nasz dom zamienił się w szpital, a my przeszliśmy przyśpieszony kurs pielęgniarski. Nawet starsza córka potrafiła karmić lalki przez sondę i robić im lewatywę. Oswajaliśmy się z całą sytuacją. Trochę na nowo nauczyliśmy się żyć i akceptować nową rzeczywistość. Nasz synek słodko spał i nie przejmował się diagnozami lekarskimi.

Kiedy przygotowywaliśmy się do pierwszej rocznicy pobytu pod opieką Hospicjum, Maciuś odszedł cichutko. Dzień wcześniej, w niedzielę Chrystusa Króla w Ewangelii czytaliśmy: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

W trudnych momentach choroby, modliliśmy się o spokojną śmierć dla Maciusia. Tak trudno było patrzeć na jego ból. Mimo wszystko, kiedy nadszedł ten moment, płakaliśmy z tęsknoty i z powodu pustki, jaką po sobie zostawił.

Wiary musimy uczyć się od najmłodszych. Nasza starsza córka Anielka następnego dnia rano po odejściu braciszka, z troską dopytywała, czy u aniołków już jadł, czy nie ma rurki w nosie, czy ma otwarte oczka i czy jak jest w niebie, to znaczy, że jest już zdrowy. Kiedy na wszystkie pytania usłyszała twierdzącą odpowiedź, odetchnęła z ulgą.

Kochany Synku, choć doświadczenie twojej choroby, a potem odejścia jest dla nas niezwykle bolesne, o twoim życiu nie potrafimy myśleć inaczej, jak tylko z wdzięcznością. Dzięki tobie poznaliśmy cudownych ludzi. Przede wszystkim pracowników Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. Zawsze najlepiej wiedzieli jak można ci pomóc. Bardzo nam brakuje ich częstych wizyt.

Choć sam nigdy nie wypowiedziałeś żadnego słowa, byłeś dla nas najlepszym życiowym nauczycielem. Pokazałeś co w życiu jest naprawdę ważne i że w trudnych okolicznościach zawsze są jakieś otwarte okna i dobrzy ludzie gotowi do pomocy.

Nasz dzielny wojowniku, wiemy że teraz jest ci lepiej. Opiekuj się nami. Będziemy tęsknić i żyć tak, by w przyszłości spotkać się z tobą.

Anna i Grzegorz Salawa

Maciuś chorował na nowotwór złośliwy pnia mózgu.
Warszawskie Hospicjum dla Dzieci opiekowało się chłopcem 356 dni.

Informator „Hospicjum”, nr 83, marzec 2018